Będąc dziecięciem, jak głosi rodzinna legenda, z mlekiem matki wyssałam kanapkę z szynką. Tak mi to weszło w krew, że dzień bez mięsa jest dniem straconym. Ale poważnie…

Odkąd sięgam pamięcią kuchnia była moim ulubionym miejscem. To tam odbywała się magiczna rzecz czyli gotowanie. To tam moja Babcia nauczyła mnie wszystkiego co dziś potrafię. Tam tez, lądowały w koszu na śmieci pierwsze pierogi, naleśniki z mąki ziemniaczanej czy nieudane parowańce drożdżowe, w których w dziwny sposób brakowało drożdży…

Do dziś pamiętam smak pierwszego rosołu na wołowinie, zapach  placków ziemniaczanych i domowej szarlotki. Tak na marginesie, przepis na powidła do niej mam do dzisiaj, a w piwnicy rząd słoiczków z nimi.  Na szczęście mając pokaźną rodzinę w okolicznych wsiach , mogłam bez przeszkód jeździć i zbierać dobra natury. A przy okazji moje ciotki i kuzynki dzieliły się ze mną przepisami na wspaniałe ciasta i potrawy.

Metodą prób i błędów nauczyłam się  jak zrobić porządnego schabowego. Jak ugotować wspaniale pachnącą zupę, na widok, której ślinka sama napływała do ust. Okazało się, że pierogi to nic trudnego, wystarczy mąka, sól i gorąca woda, i nic nie ląduje w koszu na śmieci. Eksperymentowałam na rodzinie i przyjaciołach…hm..zdaje się , że wszyscy to przeżyli Mało tego, poszłam dalej w tym kierunku, zahaczając o kuchnie światową.

Tapenada, flambirowanie i inne łamiące język określenia weszły do mojej kuchni niespodziewanie i zagrzały sobie miejsce. Wszystko idzie z postępem, gotowanie też. Jedno nie zmieni się na pewno, w życiu chodzi o to , żeby smacznie zjeść.